Ukraińska przygoda młodych
Ogromny udział w zwycięstwie pomarańczowej rewolucji na Ukrainie mieli polscy politycy i polska dyplomacja. Ale także młodzi ludzie, głównie studenci, którzy tam pojechali, by pilnować uczciwości wyborów, demonstrować z Ukraińcami na placu Wolności w Kijowie. A także ci, którzy organizowali manifestacje poparcia w Polsce
Opowiadają o tym Marynia Thun (lat 22, studentka resocjalizacji) i Jacek Kastelaniec (lat 22, student dziennikarstwa).
To, co się działo na Ukrainie od początku listopada 2004, było tak skandaliczne, że nic, tylko krzyczeć. „Wolne wybory, wolna Ukraina”. Nikt z nas nie miał wątpliwości, że za wschodnią granicą większość ludzi chce demokracji.
Rozumieliśmy Ukraińców, choć sfałszowane wybory, szykanowana opozycja i brak wolności słowa to dla nas odległa przeszłość, za „komuny" byliśmy małymi dziećmi.
Chaotyczne, przez co urzekające prawdziwością, ukraińskie manifestacje były dla nas niesamowitym przeżyciem. Każdy dzień przynosił niezwykłe pomysły. Niektóre z nich wydawały się tak szalone, że wręcz nie do zrealizowania. Jak w grudniu postawić w środku miasta namiot i znaleźć chętnych, którzy będą przez miesiąc w nim mieszkać? Jak w dwa tygodnie zorganizować wyjazd z Polski ponad dwustu obserwatorów, przeszkolić niedoświadczonych, młodych ludzi i sprawić, by ich wyjazd był pożyteczny? Jak przez dwa dni zorganizować w Warszawie duży koncert wymagający olbrzymich pieniędzy i zamknięcia jednej z głównych ulic? Nie myśleliśmy o trudnościach i może dlatego wszystko się udawało.
Reakcja warszawiaków na akcję, którą zainicjowało pięcioro niedoświadczonych studentów, zaskakiwała nas codziennie. Starsi czuli się jak w czasach „Solidarności", młodsi widzieli, że mają swój mały wkład w coś wielkiego.
Czuliśmy, że rozumiemy ludzi marznących w Kijowie, że wzmacniamy ich wiarę. Widzieliśmy, jak akcję Wolnej Ukrainy odbierali Ukraińcy mieszkający w Polsce - studenci i pracujący na czarno. Szczególnie ostatni niedowierzali, że są w Polsce. Dzwonili do swoich rodzin, by te usłyszały jak krzyczymy: „Juszczenko - prezydent”, „Ukraina bez Putina”. Tłumaczyli, że inaczej nikt by im nie uwierzył.
Kilkanaście osób od rana do wieczora planowało kolejne manifestacje, które zresztą i tak rządziły się własną dynamiką. Warszawa stawała się pomarańczowa - Taras Szewczenko do dziś dumnie nosi rewolucyjny szalik. Chętnych do pomocy było wielu. Nagłośnienie dała Synagoga i zakon dominikanów, 14 kilometrów pomarańczowej - „Gazeta Wyborcza”, koncert na kilka tysięcy osób opłacił ratusz, pieniądze na wyjazd obserwatorów zbierały dziesiątki aktorów, dużą sumę przekazał polski rząd, a firma reklamowa AMS zrobiła i rozwiesiła w całym mieście plakaty.
Unieważnienie sfałszowanych wyborów było zwycięstwem. Przede wszystkim Ukraińców, choć my też - warszawska filia pomarańczowej rewolucji - czuliśmy się wygrani. Polacy zmieniają swoje nastawienie do Ukraińców - rośnie sympatia, spada niechęć. Historyczne doświadczenia tracą na znaczeniu. Nikt z nas nie spodziewał się, że uda się zrobić tak wiele.
|